|
Pani Joanna Ratajek od lutego 2002 roku uczestniczy w dziele Adopcji na odległość.
30 czerwca 2004 wyjechała jako wolontariuszka do Zambii, by przez parę tygodni zaangażować się w pracę misyjną w Mieście Nadziei - City of Hope. Nieoczekiwanie spotkała się z Martinem, swoim 9-letnim „adopcyjnym" synkiem.
Spotkania z moim synkiem tak naprawdę nie da się opisać, trudno dobrać odpowiednie słowa. Nasze spojrzenia, gesty, wymiana uśmiechów miała miejsce już dużo wcześniej, zanim jeszcze pojawiła się nadzieja na mój wyjazd do Afryki. Spotykałam się z synkiem w sferze mojej wyobraźni, która jak się potem okazało, bardzo odbiegała od rzeczywistości.
Kiedy dwa lata temu zdecydowałam się zaadoptować Martina na odległość, nie myślałam o tym, że kiedykolwiek spotkam się z nim. Teraz, patrząc z perspektywy czasu jestem przekonana, że to Bóg tak pokierował wszystkim, że pojechałam właśnie do Zambii, a później dotarłam aż do domu, w którym do dzisiejszego dnia wychowuje się Martin. To za sprawą Nieba spotkałam nie tylko Martina, ale i ludzi, którzy całkowicie zmienili moje życie i sprawili, że inaczej postrzegam problemy dzieci, które bardzo szybko zaczynają wkraczać w świat dorosłych. Myśl o ewentualnym spotkaniu z Martinkiem pojawiła się dopiero wtedy, gdy będąc już w Zambii, trafiła się okazja pojechania do misji w Kazembe, gdzie mieszka Martin. Przez całą drogę (prawie 1000 km) myślałam i wyobrażałam sobie nasze pierwsze spotkanie. Zawsze mam przy sobie jego zdjęcie, ale i tak obawiałam się czy go poznam, bo przecież dzieci szybko się zmieniają, a zdjęcie Martina miałam sprzed roku. Od początku zdawałam sobie sprawę, że jeśli Bóg pozwoli mi spotkać się z synem nie mogę go specjalnie wyróżniać, by nie wzbudzić zazdrości u innych dzieci, do których przecież nikt nigdy nie przyjedzie. Niesamowite dla mnie było, gdy Martin pewnym krokiem podszedł do mnie po raz pierwszy i najnormalniej w świecie przytulił się, obejmując mnie swoimi rączkami, jakbyśmy znali się od dawna. Był szczęśliwy, choć troszkę zawstydzony. Jego oczy wyrażały radość. Niestety, nie mogłam z nim zamienić nawet paru zdań, gdyż on posługuje się tylko językiem lokalnym. Ale to nie było ważne, najważniejsze było to, że jesteśmy razem. Zostałam zaproszona do jego domu, chatki składającej się z trzech maleńkich pomieszczeń, nie mających nawet 10 m². Nie było tam ani jednej rzeczy, łóżeczka, stolika, zabawki, która wskazywałaby, że mieszka tu 9-letni chłopiec. Martin nie jest sierotą, ale został oddany przez swych rodziców do babki i dziadka. Oboje są niewidomi i Martin musi im pomagać. Rodzice nie interesują się nim wcale, dlatego jego życie wygląda tak, jakby był sierotą. Wiem, że jestem mu bardzo potrzebna i że zarówno moja pomoc materialna, jak i duchowa, ma sens. Martin zaś wie, że mimo dzielącej nas odległości, jestem i będę, pomogłam i będę pomagać, pokochałam i kochać będę już zawsze. Wniósł on w moje życie wiele radości, a ja przekonałam się, jak niewiele potrzeba, by oczy dziecka nabrały blasku przepełnionego nadzieją. Każdego dnia jestem myślami przy nim i widzę jego śmiejące się oczy. Wyjeżdżając z Kazembe nie martwiłam się, że zostawiam go samemu sobie. Widziałam, że jest pod bardzo dobrą opieką misjonarza, który w moim imieniu służy mu pomocną dłonią. Jest to często jedyna dłoń, która przytuli, wywoła uśmiech na umorusanej twarzy, obetrze łzy i pokaże, co jest dobre, a co złe. Takich dzieci, które potrzebują pomocy jest w Zambii tysiące, a ja mam ten zaszczyt, że mogę otaczać opieką jedno z nich i być dla niego drugą mamą.
Tekst na podstawie strony www.misje.salezjanie.pl
|