Home Misje Franciszkanie Siejąc ziarno ewangelizacji w Kenii
Siejąc ziarno ewangelizacji w Kenii PDF Drukuj Email
Wpisany przez o. Wiesław Wróblewski OFM   
czwartek, 25 stycznia 2007 09:25
msza św. W Subukii    Zanim zacznę mówić o naszych misjach w Kenii i moich przeżyciach w tym kraju, chciałbym na początku przedstawić parę podstawowych wiadomości o Kenii. Jest to kraj położony we wschodniej Afryce, półtora razy większy od Polski i z populacją około 30 milionów ludzi, podzieloną na około 60 różnych grup etnicznych i prawie każda grupa etniczna włada własnym językiem.
    Kenia jest krajem w którym większość ludzi żyje z rolnictwa i dlatego że ziemia daje życie tym ludziom – dlatego często wybuchają o nią walki: znani Masaje od czasu do czasu są w stanie wojny z Kikuyu, plemię Pokot prowadzi wojnę z Samburu, itd.
    Mówiąc o Kenii nie należy zapominać że jest to kraj rozwijający się, posiadający ogromne problemy finansowe, gdzie korupcja opanowała większość urzędów prywatnych i państwowych.
   Kraj posiada jeden z największych na świecie przyrostów naturalnych a posiada niewiele stosunkowo ziemi nadającej się na uprawę. Północne, południowe i wschodnie rejony Kenii stanowi półpustynia, gdzie po wodę ludzie chodzą kilometrami i gdzie o uprawie ziemi nikt nie myśli ze względu na wysokie temperatury dochodzące do 40-45°C w cieniu i prawie absolutny brak deszczów.
    Z czego ludzie tam żyją, jak się utrzymują? Trudnią się hodowlą kóz – które zjadają dosłownie wszystko, zbierają korzenie roślin które można po przygotowaniu spożywać, w niektórych rejonach utrzymują się wyrabiając pamiątki dla turystów.
    Niestety ci ludzie są często niedożywieni a nawet czasami masowo umierają z głodu. Pamiętam że parę lat temu w naszej parafii mieszczącej się na ziemiach plemienia Meru panowała ogromna susza. Żywność jaka była rozprowadzana wśród ludzi była niewystarczająca i nie mogła dotrzeć do wszystkich. Starzy ludzie widząc całą sytuację i chcąc ocalić życie dzieci i młodzieży, podejmowali decyzję o opuszczeniu rodzin; udawali się w góry i tam umierali z głodu.
W tej sytuacji młodzi ludzie mieszkający w ośrodkach wiejskich widzą miasto jako raj i ucieczkę od problemów głodu, wiecznego mieszkania w nędzy, ucieczkę od szarego życia na wsi.
    Takie sny o bogactwie jakie można zdobyć w mieście, powodują znaczną migrację młodych ludzi. Na przykład notuje się, że dziennie do stolicy kraju – Nairobi – przybywa od 120-150 ludzi poszukujących pracy i miejsca do spania. Czy ich sny się spełniają? Ten kto chociaż raz był w Nairobi musi powiedzieć że nie. Kilometr od centrum miasta gdzie znajdują się dziesiątki wieżowców mających po 30-40 pięter, znajduje się jeden z największych na świecie miejskich slumsów. Trudno sobie wyobrazić aby na przestrzeni około dwóch kilometrów kwadratowych mieszkało ponad 1 mln ludzi, ale taka jest rzeczywistość Kibery – jednego z wielu slumsów Nairobi. Trudno to sobie wyobrazić, ale ponad połowa mieszkańców Nairobi mieszka w slumsach. Slumsy znane są z różnych filmów i opowiadań, ale tamtejsza rzeczywistość przerasta wszystko. Zanim dojdziemy do jakiegoś slumsu, ogromny fetor rozkładających się śmieci i z odpływów kanalizacyjnych uderza w nas. Kiedy przełamiemy automatyczna obronę naszego organizmu – jaka zmusza nas do wymiotów, ruszamy dale przed siebie i widzimy setki obdartych i brudnych dzieci, domki zbudowane z nieheblowanych desek, blach, kradzionych znaków drogowych, dym z palenisk umieszczonych w domowych kuchniach, sterty gnijących śmieci, powszechny brak twardych dróg czy ścieżek – stąpa się po błocie sięgającym kostek a po deszczach nawet w błocie do kolan.
    Na pewno interesuje Was sprawa kościoła w Kenii. Większość ludzi w Kenii należy do kościołów protestanckich. Katolicy stanowią około 20% populacji, muzułmanie około 5%. Duża część ludności stale należy do kościołów lokalnych czczących różne bóstwa afrykańskie. Tradycja plemienia, tradycja klanu rodzinnego jest w takiej grupie społeczne bardzo ważną sprawą i złamanie jakiegokolwiek przepisu prawnego jest surowo karane.5.jpg
    Generalnie rzecz biorąc, Kenijczycy nie zerwali jeszcze całkowicie z dawną tradycja, z dawnymi nakazami. Nawet Katolicy w dalszym ciągu utrzymują tradycję obrzezywania chłopców a w plemieniu Kikuyu także dziewcząt. Część tych obrzędów jest stale owiana tajemnicą i niechętnie jest ujawniana niewtajemniczonym, ale duża część rodzin w tej chwili dokonuje obrzezań po prostu w szpitalach. Ludzie się przekonali, że obrzezania dokonywane w tradycyjny sposób, przy użyciu jednego i często brudnego narzędzia powoduje rozszerzanie się wirusa HIV.
    Wirus HIV i AIDS jest innym problemem tego kraju. Przyjmuje się, że w Nairobi i w zachodnich rejonach Kenii – nad Jeziorem Wiktoria jest zarażonych tym wirusem około 15-20% populacji. Ogólnie mówi się w Kenii o około 2 milionach zarażonych tym wirusem. Co roku umiera ponad 100 tysięcy ludzi na AIDS. Kenia po Ugandzie i Zambii posiada największą ilość ludzi chorych na AIDS.
    Wracając do kościoła w Kenii, to trzeba podkreślić że jest duża wolność religijna w tym kraju – zresztą zagwarantowana przez konstytucję. Nietrudno zarejestrować nową grupę religijną a tylko w samej stolicy jest 1000 różnych sekt religijnych. Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli chcesz być bogaty – zainwestuj swoje pieniądze w dobrze prosperującą fabrykę; ale jeśli chcesz być bardzo bogaty – załóż nowy kościół. Na ulicach miast i wsi widać, że uliczni „prorocy” i kaznodzieje robią co mogą aby ich sen o bogactwie się spełnił.
    Trzeba powiedzieć, ze przy takim zagęszczeniu różnych kościołów w Kenii nie ma specjalnie tak zwanych wojen religijnych. Owszem – tu i ówdzie słychać o nieporozumieniach pomiędzy sąsiadującymi kościołami, o prześladowaniu katolickich studentów w szkołach należących do Protestantów, ale ogólnie wszyscy są przeświadczeni że mamy jednego Boga wyznawanego na różny sposób.
    Chciałbym teraz Wam powiedzieć – jak to się stało że „wylądowałem” w Kenii!
Już jako student zawsze marzyłem aby wyjechać na misje. Często przypominałem naszym przełożonym w Polsce o tym, że chcę wyjechać do jednego z krajów misyjnych aby tam daleko siać ziarno Chrystusowej Ewangelii. Jednak nigdy nie myślałem o Afryce, zawsze moje myśli uciekały do hiszpańsko języcznych krajów Ameryki Południowej. Już w szkole podstawowej a potem w średniej, często zaglądałem do literatury opisującej kulturę i życie ludów w Meksyku, Boliwii, Peru i Ekwadoru. Byłem przekonany, że z bożą pomocą moje marzenia kiedyś się zrealizują.
Pamiętam że pewnego dnia przyjechał do naszego Seminarium w Łodzi Ojciec Prowincjał z Gdańska – nasz główny przełożony w Polsce; był on świeżo po wizycie naszych współbraci w Kenii. Wezwał do siebie mnie, już dzisiaj O. Dariusza (obecnie proboszcz parafii w Ruiri – w Kenii), O. Grzegorza i O. Andrzeja (obecnie pracują w Tanzanii).
Ojciec Prowincjał przedstawił nam możliwość wyjazdu do Kenii i prosił abyśmy się zastanowili nad tą propozycją. W trakcie kiedy my się zastanawialiśmy, On opowiadał nam o ludziach mieszkających w tym kraju, o pracy jaką wykonują nasi współbracia, i o ewentualnych naszych studiach. Mówił także o potrzebie ludzi gotowych pracować na „roli Pana” a mówił to z takim przekonaniem że trudno nam było powiedzieć że się nie zgadzamy. Nie była to tylko nasza ludzka decyzja ale decyzja która zaczęła się realizować lata temu, decyzja która niewątpliwie była z tchnienia Ducha Świętego, pobudzona duchem Św. Franciszka, Św. Antoniego, pierwszych franciszkańskich męczenników w Maroko i tych ostatnich – Polskich Franciszkanów zamordowanych w Peru za to że głosili Prawdę Chrystusową.
Pamiętam, że zanim odpowiedziałem O. Prowincjałowi pomyślałem: Misje są wszędzie gdzie potrzebuje nas Bóg i trzeba być gotowym Mu służyć wszędzie – nie tylko w Ameryce Południowej.
    Osobiście wierzyłem i dalej wierzę że Pan mówi do nas przez naszych przełożonych i dlatego słowa O. Prowincjała odebrałem jak słowa samego Chrystusa: „Idźcie i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu.”
Myślę że wszyscy wtedy stoją przed naszym przełożonym pomyśleliśmy w podobny sposób. Zgodziliśmy się.
Rozpoczęło się żmudne przygotowanie do wyjazdu: paszporty, staranie o wizy, intensywny kurs języka angielskiego i wyciągi oraz tłumaczenie z pomocą naszego nauczyciela od angielskiego tematów przedmiotów jakie do tej pory studiowaliśmy.
picture_037.jpg    W tym czasie dowiedzieliśmy się, że do Kenii jedzie z nami O. Kazimierz Szulc pracujący do tej pory w Kwidzynie.
Po szczęśliwie zdanej letniej sesji egzaminacyjnej i po pożegnaniu współbraci z seminarium i całej rodziny udaliśmy się do „niewiernych.” Wyjechaliśmy samochodem z Łodzi do Asyżu. Tam przy grobie Św. Franciszka modliliśmy się intensywnie, aby nasza misja wydała takie owoce jakich Bóg tylko chce.
Parę dni potem polecieliśmy już Kenijskimi Liniami Lotniczymi prosto z Rzymu do Nairobi. Po prawie ośmiu godzinach lotu wczesnym rankiem lipcowego dnia 1993 roku lądowaliśmy w Jomo Kenyatta port lotniczy w stolicy kraju. Komunikat w samolocie oznajmiał, że wylądowaliśmy nie tylko w środkowej części kraju ale także że w środku „afrykańskiej zimy” – było 15°C. Niejeden pomyślał że to jest jak na Antarktydzie w lato. We Włoszech było 35°C w cieniu a tutaj 15°C.
    Na lotnisko przyjechali po nas prawie wszyscy nasi bracia pracujący w Kenii, było to naprawdę miłe i dali nam wiele otuchy w tej nowej rzeczywistości.
Zostaliśmy przewiezieni do naszego domu dla studentów mieszczącego się w jednej z dzielnic Nairobi potocznie zwanej „Małym Watykanem” ze względu na ilość domów religijnych kongregacji i zakonów.
    Po paru dniach akomodacji zaczęliśmy kontynuować naukę języka angielskiego rozpoczętego w Polsce. Angielski jest bramą do nauki innych języków lokalnych i umożliwił nam kontynuowanie studiów teologicznych rozpoczętych w Polsce.
     W Centrum Językowym nie tylko uczyliśmy się angielskiego ale także rozumienia ludzi innych kultur, sposobów obcowania z nimi, tolerancyjności. Było to podyktowane tym, że spotykaliśmy tam ludzi nie tylko z Kenii ale dosłownie ze wszystkich zakątków świata.
    Uczyliśmy się witać na różne sposoby: po kenijsku – z mocnym uderzeniem o rękę drugiej osoby, brazylijski – ze specjalnym ułożeniem palców i „strzeleniem” z kciuka, zambijski – krótki taniec i z oklaskiem, po japońsku – z ukłonem i koniecznym słowem z rana „Ohajo.”
Od czasu do czasu szkoła organizowała przyjęcia połączone z wytworów rodzimych kuchni. My jako Polacy oczywiście przynosiliśmy bigos i pączki.
     Misje tak naprawdę zaczęły się dla nas w tej szkole. Zrozumieliśmy wtedy, że ten świat jest bardzo różnorodny i to co czytaliśmy do tej pory w książkach a także to co słyszeliśmy przerasta rzeczywistość.
Po ośmiu miesiącach nauki angielskiego, stale kalecząc ten język i odpowiadając od czasu do czasu na pytanie Anglika czy Amerykanina: „Jak się masz?” – „Dzisiaj jest poniedziałek” – bo niewiele można się nauczyć przez kilka miesięcy, ja, Dariusz, Grzegorz i Andrzej spróbowaliśmy kontynuować teologiczne w Tangaza College w Nairobi, który jest częścią Katolickiego Uniwersytetu Wschodniej Afryki i Uniwersytetu Urbanianum w Rzymie.
    Początki studiów były często zabawne. Pamiętam, że baliśmy się bardzo jednego wykładowcy – z pochodzenia był Szwajcarem. Mówił on po angielsku ale niestety z wyraźnym niemieckim akcentem. Kiedyś zadał nam jedną pracę pisemną na wybrany temat. Potrzebowałem jego porady, ale bojąc się że go nie zrozumiem – wziąłem mały dyktafon i ukryłem go w kieszeni; niefortunnie posiadał on wewnętrzny głośniczek. Trzymając w jednym ręku długopis i kartkę, podszedłem do tego wykładowcy i jak zaczął mnie wyjaśniać temat pracy – sięgnąłem do kieszeni i zamiast nacisnąć nagrywanie – nacisnąłem odtwarzanie. W efekcie po paru minutach ku mojemu i jego zaskoczeniu z mojej kieszeni popłynęła muzyka.
Podobne sytuacje pełen śmiesznych zdarzeń dosyć często się powtarzały.
    Podczas studiów rozpocząłem – to co zresztą było wymagane przez College; swoją pierwszą praktykę pastoralną. Kiedy byłem w Polsce razem z Dariuszem jeździliśmy co tydzień do miejscowego więzienia, mając te doświadczenia i po prośbach studentów salezjańskich i miejscowego proboszcza – O. Noela z Irlandii - mogłem rozpocząć praktykę duszpasterską w jednym z miejscowych poprawczaków. Co tydzień w sobotę po południu brałem rower i razem z Grzegorzem udawaliśmy się w godzinną podróż do poprawczaka. W poprawczaku było około 80 dzieci w wieku od 7-15 lat. Od początku zaczęliśmy uczyć te dzieci religii i chrześcijańskich zasad życia, ale tak naprawdę to chcieliśmy z nimi być. Czuliśmy, że wytworzyła się pomiędzy nami i nimi swoista więź.
    Niestety system wychowania w poprawczaku miał wiele do życzenia. Na ogół wychowawcy stosowali kary cielesne i to takie o które sobie trudno wyobrazić. Stosowanie kar cielesnych takich jak: bicie ucznia lub studenta przy użyciu wielu nauczycieli, kary w postaci godzinami leżenia na słońcu w upale dochodzącym często do 35-40°C jest nagminnie stosowane w szkołach podstawowych i średnich a co dopiero w szkołach karnych.
Od czasu do czasu dowiadujemy się, że traktowani w ten sposób uczniowie tracą życie.
Po rocznej praktyce w wyżej wymienionym poprawczaku na prośbę O. Noela rozpocząłem regularne nauczanie religii w jednej ze szkół średnich.
    Jaka jest szkoła w Kenii? Jest to pytanie, które wymaga złożonej odpowiedzi, ponieważ szkoły w Kenii są różne – podobnie jak w Polsce. Są szkoły z doskonale wyszkoloną kadrą nauczycieli, z basenami, z doskonale wyposażonymi pracowniami – ale przeważnie są to szkoły prywatne. Oczywiście są i szkoły biedne, zbudowane z desek, w środku ciemne i brudne, bez podłogi i z nauczycielami, którzy ledwo ukończyli szkołę średnią.
Szkoła do której dojeżdżałem nie była zamożna i nie należała do szkół biednych – po prostu mieściła się w średniej klasie.
Charakterystyczne dla szkół w Kenii jest to, że uczniowie każdej szkoły posiadają charakterystyczne tylko dla niej mundury.
    Przez prawie półtora roku raz w tygodniu brałem rower aby po godzinnej jeździe znaleźć się wśród moich uczniów.
Ukoronowaniem moich wysiłków było, że część katolickich uczniów przyjęła sakrament chrztu, bierzmowania i Eucharystii.
    W międzyczasie złożyłem razem z Dariuszem śluby wieczyste; cała uroczystość odbyła się w Ruiri – naszej najstarszej placówce w Kenii. Otrzymaliśmy wtedy w darach od ludzi taką ilość proszku do prania (symbolizował czystość zakonną), że starczył nam w reszcie studentów na cały rok. Oczywiście podczas ślubów było mnóstwo zabawy, tańców i nie zabrakło miejscowego domowej roboty piwa „pombe” przyniesionego przez ludzi w 20 l. tykwach.
Potem był mój i Darka diakonat w Limuru – gdzie miałem wkrótce rozpocząć pracę i święcenia kapłańskie w Polsce.
Myślę że te parę tygodni jakie spędziłem w Polsce dwa lata temu były jedne z najszczęśliwszych w moim życiu. Po pierwsze dlatego że długo oczekiwane święcenia kapłańskie a po drugie, że otrzymałem z rąk samego Ojca Świętego krzyż misyjny.
    Po krótkim urlopie w Polsce – już jako kapłan i młody misjonarz wyjechałem z powrotem do Kenii. Od naszego przełożonego w Polsce otrzymałem przydział do pracy w miejscowości Limuru – oddalonej około 40 km stolicy.
W Centrum Franciszkańskim w Limuru znajdował się kościół parafialny pod wezwaniem Św. Franciszka z Asyżu, drukarnia, w budowie – dom parafialny, Dom Św. Antoniego dla samotnych matek prowadzony przez siostry – Córki Najświętszego Serca Pana Jezusa i Postulat (dom formacyjny dla kandydatów do naszego Zakonu). Ten ostatni stał się moim głównym miejscem pracy, którą dzieliłem z O. Tadeuszem Brzozowskim, dodatkowo pracowałem w parafii liczącej 8 tyś. dusz, 3 kaplice dojazdowe (najdalsza oddalona 15 km od Centrum).
    W tym czasie proboszczem był O. Tadeusz Świątkowski, był on także naszym głównym przełożonym w Kenii.
Wiadomo, że parafię tworzą przede wszystkim ludzie i dlatego byli i są oni w naszym centrum uwagi. Dążono do tego, aby każdy członek parafii był w niej aktywny i aby można było dotrzeć do każdego parafianina nie tylko podczas niedzielnej mszy św. czy kolędy. Chciano aby kontakt pomiędzy księdzem a parafianinem był bardziej indywidualny. Dlatego w myśl zaleceń miejscowych biskupów – całą parafię zaraz na początku jej istnienia podzielono na tak zwane Małe Grupy Chrześcijańskie (w lokalnym języku Kikuyu – „Mwaki”). W efekcie Centrum Parafialne i trzy kaplice dojazdowe posiadają po około 10 tych Małych Grup Chrześcijańskich, z których każda ma swoją nazwę od świętego patrona.
Do każdej takiej grupy należy od 40-60 osób. Każda grupa ma swego przewodniczącego, zastępcę, skarbnika i swoje konto bankowe.
    Każda Mwaki jest z osobna odpowiedzialna za przygotowanie oprawy niedzielnej mszy św. (tańce, śpiewy, czytania, procesja z darami, część ogłoszeń parafialnych). Dodatkowo grupa spotyka się raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie we własnym gronie w wybranym domu na modlitwę, omówienie bieżących spraw i wspólny posiłek – często składający się z suchego chleba i herbaty koniecznie z mlekiem. Wspólny posiłek w afrykańskiej tradycji ma wielkie znaczenie: tworzy wspólnotę a wspólnota tworzy rodzinę.
    Na ogół raz na miesiącu jeden z kapłanów pracujący w parafii spotyka się z taką grupą. Podczas spotkania jakie ma miejsce zawsze w domu jednego z członków Mwaki, jest odprawiana msza św., potem dyskutuje się różne sprawy – z reguły ludzie mają mnóstwo pytań do księdza.
    Mała Grupa Chrześcijańska udziela także pomocy materialnej poszczególnym jej członkom dotkniętym przez pożar, chorobę (na ogół Kenijczycy nie mają ubezpieczeń zdrowotnych), lub mają wielki kryzys finansowy.
Dzięki istnieniu tych grup chrześcijańskich – łatwiej jest dotrzeć kapłanowi do ludzi chorych i starszych ze spowiedzią i komunią świętą.
    Nie w sposób jest wymienić zalet tak zorganizowanej parafii. Jest na pewno przez to dużo więcej pracy dla nas kapłanów, ponieważ przez cztery dni w tygodniu wyjeżdżamy na spotkania z Mwaki, ale jest też wielka satysfakcja że z grubsza zna się wszystkich w parafii.
    Jak już wcześniej pisałem, ja rozpocząłem pracę w Postulacie – czyli domu formacyjnym dla kandydatów do naszego Zakonu. Jako Mistrz Postulatu i Promotor Powołań pracowałem prawie 7 lat. Przez ponad rok czasu byłem rektorem w seminarium w Nairobi a od ponad roku jestem dyrektorem drukarni franciszkańskiej która drukuje pokaźną ilość książek i czasopism dla Kenii, Ugandy, Tanzanii, Południowej Afryki, Zambii, Ghany, Nigerii i innych angielskojęzycznych krajów Afryki.

    Zawsze czujemy wielką wdzięczność dla Was wszystkich. Wiemy że pomagacie nam jak możecie, szczególnie ważna jest Wasza modlitwa – bez niej nie dalibyśmy rady żyć w tym kraju. My często w naszych domach modlimy się za naszych dobroczyńców: żywych i umarłych i zawsze będziecie mieli naszą dozgonną wdzięczność.

Wasz w Chrystusie i Św. Franciszku

O. Wiesław Wróblewski
Franciszkanin
Zdjęcia można zobaczyć w galerii >>
Odwiedz też strone o tej misji >>
 

Administracja i serwis foto serwisu: